Czy aplikacja pozwalająca tworzyć transmisje z miejsc przestępstw i wypadków to dobry pomysł?

0

Startupy technologiczne wciąż zaskakują nas nowymi pomysłami na media społecznościowe. Wśród powtarzających się Facebooków i Instagramów, które raczej nie mają szans na walkę z „oryginałami” co jakiś czas pojawiają się kontrowersyjne platformy, faktycznie oferujące ciekawe rozwiązania. Do takich tytułów bez wątpienia należy Citizen, który jeszcze do niedawna funkcjonował w App Store jako Vigilante. Aplikacja pozwala tworzyć transmisje… z miejsc przestępstw, zbrodni lub wypadków.

Zawsze, gdy gdzieś na świecie dochodzi do szokującego zdarzenia, na miejscu pojawiają się dziennikarze, którzy na żywo relacjonują pracę służb medycznych i policji, opowiadają, co się stało i przeprowadzają wywiady ze świadkami. Twórcy aplikacji Citizen doszli do wniosku, że rolę mediów mogą z powodzeniem przejąć… zwykli przechodnie wyposażeni w smartfony. Właśnie dlatego, po uruchomieniu serwisu nie przywitają nas kotki, memy i tutoriale, tylko filmy dotyczące podpaleń, porwań lub morderstw. Użytkownicy Citizen przeprowadzają wywiady na miejscach zbrodni lub relacjonują, co wydarzyło się w ich okolicy. Brzmi to nieco szokująco, ale wygląda na to, że ludzie są zainteresowani taką formą działalności.

Pięć lat temu, gdy aplikacja nosiła jeszcze nazwę Vigilante, usunięto ją z App Store. Gdy powróciła jako Citizen, zmieniono komunikację. Tym razem platforma reklamuje się jako „osobista sieć bezpieczeństwa”. Oprócz streamów na żywo aplikacja oferuje bowiem system ostrzeżeń, który bazuje na geolokalizacji oraz monitoringu sieci komunikacyjnej przeróżnych służb. Jeśli nie chcecie oglądać materiałów realizowanych przez domorosłych reporterów, możecie wykorzystać Citizen, aby uniknąć wizyty w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiedniej porze.

Co ciekawe, nie wszyscy relacjonujący przez Citizen to ochotnicy. Firma rekrutuje też własnych reporterów. Jeśli wierzyć ogłoszeniom, za pracę od 8 do 10 godzin dziennie można zarobić od 200 do 250 dolarów, w zależności od tego, w jakiej okolicy przyjdzie nam działać. Póki co, Citizen rozwija się w Nowym Jorku, Los Angeles i kilku innych dużych miastach w USA. Warto zauważyć, że zatrudnieni „dziennikarze” stanowią mniej niż 1% wszystkich relacjonujących.

I tu dochodzimy do niebezpieczeństw, które wiążą się z działaniem takiej aplikacji. W mediach tradycyjnych nie brakuje wpadek związanych z brakiem weryfikacji treści, a co dopiero tutaj. W maju CEO Citizen zaoferował 30 tysięcy dolarów nagrody za odnalezienie człowieka, który rzekomo dopuścił się podpalenia. Udostępniono jego wizerunek, rozpoczęto polowanie na czarownice, a później… okazało się, że doszło do pomyłki i odpowiedzialnym za przestępstwo był ktoś inny. Już ta jedna sytuacja daje do myślenia. I kiedy przypominam sobie, co wydarzyło się w Waszyngtonie po przegranych przez Donalda Trumpa wyborach, zaczynam wątpić w projekt Citizen. Mam wrażenie, że może ona napędzać narwanych radykałów do działań, które nie powinny mieć miejsca…

Do
góry