Tryb PvP w Pokemon GO to farsa. Bez polecanych stworków nie podchodź

0

W ostatnich dniach gra w Pokemon Go stała się znacznie trudniejszą. Przez niewychodzenie z domu, właściwie lwia część opcji straciła na znaczeniu. Czy to oznacza że gra kompletnie umarła? Nie — nic z tych rzeczy. Twórcy zaserwowali paczkę incense’ów za 1 monetkę, raz w tygodniu można nabyć paczkę stu kulek za monetkę, a ostatni event (jednocześnie: pierwszy płatny event w Pokemon Go) z Genosectem w dużej mierze można było wykonać bez ruszania się z kanapy. Niantic zachęca też do zabawy w sieciowej lidze — pojedynki PvP są jednak… trochę bez sensu. I bez ulubionych Pokemonów ligi nawet nie ma po co do nich zasiadać.

W obecnej lidze Pokemon Go stoczyłem już nieco ponad 500 pojedynków — swoje widziałem, swojego doświadczyłem i absolutnie nie dziwię się, że gracze tam korzystają z kilku stworków na krzyż. Bo tak naprawdę moi rywale sięgają po kilka-kilkanaście Pokemonów, których konfiguracje zmieniają się w zależności od trenera, ale naprawdę rzadko kiedy zdarza się, by ktoś z wbitą rangą powyżej 6 sięgał po innych wojowników. Dlaczego? No cóż — one po prostu oferują coś, o czym konkurencja może pomarzyć.

Lwia część polecanych dla PvP konfiguracji to Pokemony których ataki ładują się w kilka ruchów: dzięki temu rywale mają opcję ekspresowego zbijania tarcz, a nawet jeżeli ataki nie są super efektywne, to i tak świetnie poradzą sobie z przeciwnikami. To znacznie silniejsze ataki. Szczytem moich przygód i granicą po której powiedziałem sobie dość, było przegranie Ferrothornem z Azumarillem. Do swojej dyspozycji miałem dwa ataki: elektryczny i roślinny. Te najwyraźniej nie wystarczają, bo nim ja naładowałem jeden — mój przeciwnik zdążył trzy razy uraczyć mnie ładowanym lodowym atakiem. To chyba mówi wszystko na temat tego, jak zbalansowany jest ten tryb w Pokemon Go.

Niantic robi co w ich mocy, by zachęcić ludzi do zabawy w walkach sieciowych. Niestety — nagrody są dość… marne. Owszem, można tam spotkać stworki z pięciogwiazdkowych raidów — i jeżeli nie ma się ekipy, to jest to jakieś rozwiązanie. Ale jeżeli ktoś może pozwolić sobie na grupowe spotkania i ubijanie stworków na raidach (no, w normalnych warunkach, bo teraz — wiemy jak jest), to jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Co prawda Pokemony mogą uciec, nie ma gwarancji ich złapania — ale dla równowagi dostajemy więcej Rare Candy (najważniejszego i najbardziej wartościowego surowca w całej tej produkcji), punktów doświadczenia i Stardusta. No i nie trzeba się dodatkowo irytować na oszustów. Same plusy.

Do
góry